Text

Marcin Karolak - Skrzydła, które miałem

image

Pamiętam te czasy, kiedy zacząłem obrastać w pióra. Nieśmiałe opierzenie, które towarzyszyły momentom pierwszego trzepotania i pierwszych wzlotów. Miałem śmiałość i odwagę, by lecieć i bardzo chciałem się oderwać od gruntu, do którego później przyszło mi wrócić, czego nie mogłem wiedzieć z początku. Później nabawiłem się strachu, irracjonalnej obawy, że nie będę w stanie dolecieć w żadne miejsce. Obawy o nieistnienie Arkadii. Ale to było później, zanim strzępem czasu obdarty zostałem ze szlachetności i rozpiętości moich skrzydeł.

Pofrunęliśmy gdzieś między drzewa gęstego lasu, przewijając się przez różne mieszkania i pokoje, śniąc pijany sen młodości, kiedy wokół butelek po wódce leżeliśmy patrząc na niebo rozgwieżdżone. Wśród farb, ołówków i instrumentów, kontemplowaliśmy i snuliśmy dla siebie scenariusze i plany lotów, nie wiedząc, że niektórym nigdy nie będzie dane oderwać się od ziemi. Wtedy zacząłem uczyć się latać w mroku, do późnych godzin porannych po zachodzie słońca. Ta umiejętność przydała mi się dużo później, gdy trawiony bezsennością bałem się zasnąć. Perspektywa snu budziła strach, co paradoksalne, prawda? Ale w snach zdarzało się, że był ktoś obok mnie, więc rozdzierającym bólem witało mnie przebudzenie, kiedy widziałem, że na tej drugiej poduszce są jedynie łzy wynikłe z mego cichego skowytu. I popiół z papierosa.

Młodość cechuje niepohamowana bezczelność i arogancja, nasączona do cna brawurą. W ten sposób wybiłem się do mego lotu, wstrzeliwując w masy chmur tętniących rytmem miasta. Może to szczenięcy wybryk, ale patrzyłem złakniony na odległe połacie stratosfery. Nie dostrzegłem aeroplanu, który przetrącił me skrzydła. Przewoził on tych, którzy byli spełnieni. Nie tych, którzy ponad chmurami szukali dla siebie szlaku i sposobu by istnieć bezboleśnie. Czyli takich jak ja i mi podobni. Do tego momentu nie znałem bólu, a potrącony przez samolot, ledwo ruszając skrzydłami powiodłem za nim wzrokiem. Odlatywał, mając w luku bagażowym sukcesy, radość i szczęście pasażerów. Leciałem dalej, łudząc się odrobinkę, że może uda mi się go dogonić.

Lecąc wysoko naraziłem się na kontakt ze strzałami Kupidyna. Nijak nie mogę odmówić draniowi kurewskiej celności. Miał dużo okazji, rzadko pudłował. Podziurawił mnie jak przysłowiowe sito, a trzy razy trafił mnie w serce. Za każdym razem sprowadzał mnie na ziemię. Bezwładnie jak kamień opadałem, ledwo mogąc poruszać skrzydłami, aż przywitała mnie swą szorstkością powierzchnia ziemi, zdzierając moje skrzydła do krwi i dziób do krwi. Po każdym kontakcie z tym złoczyńcą, sytuacja się powtarzała. Długo nie mogłem się ruszyć, leżąc wśród traw i drzew, między Rynkiem Głównym, a Kazimierzem. Miałem pustkę w oczach, którymi widziałem drapieżniki w postaci niewykorzystanych szans, niespełnionych marzeń, niepotrzebnych słów i niepotrzebnych smsów po pijaku. Rozszarpywały mnie, za każdym razem po spotkaniu z tym nikczemnym sadystą Kupidynem. Dał mi spokój chwilowo. Z grotem trzeciej żyję. Oswoiła się z moim sercem, na zasadzie jakiejś symbiozy. Kiedy zasypiam, widzę co mogłaby znaczyć ta strzała i jakie piękno wynikać by mogło z faktu, że zostałem nią ugodzony. Ale ja się boję snów, co tłumaczyłem.

Dopiero z czasem zauważyłem, że tak samo przyjemne może być latanie na niższym pułapie, bez zazdrosnych spojrzeń w stronę aeroplanów. Zważając na fakt, że samolot może spaść.
Nie muszę unosić wzroku w stronę nieboskłonu, skoro już jako pisklę, nauczyłem się dostrzegać niebo w oczach dziewczęcych, które zawierały wszystkie najcudowniejsze cumulusy i refleksy nie jednego, a milionów słońc. Bez względu jaki miały kolor i za jakim szkiełkiem się kryły.
Moje skrzydła, po wielokroć przetrącone i poszarpane, nie mają już tak imponującego wyglądu. Ciężko mi już czasami szybować, bacząc, że niejednokrotnie nie wiem gdzie. A może po prostu nie potrzebuję już tyle przebywać w przestworzach? Spoglądam na tkwiącą we mnie strzałę i myślę o tym, że przecież mógłbym uwić gniazdo, stworzyć Arkadię, bo mimo tylu upadków i wszystkich uszkodzeń, nigdy nie przestanę wierzyć w możliwość jej istnienia.

Nie mam już atramentu, a ostatnie pieniądze wydałem na wódkę, co uniemożliwia mi zaopatrzyć się w kałamarz. Tkwiący grot szarpie mnie niemiłosiernym bólem. Moje serce go potrzebuje, tam się przecież zaadoptował. Czy więc jedynym, co mi zostało by uczynić dla Ciebie, to wyjąć go, by strużką kapiącej krwi nakreślić świadectwo mego pragnienia i rozdzierającej tęsknoty?

Zdjęcie: kadr z filmu “Niebo nad Berlinem”

Text

Marcin Karolak - Samolociki [ baśń / opowiadanie ]

image

Pośród bajecznych krajobrazów, w krainie słońca i dostatku, istnieje nieduże, malownicze miasteczko. Nosi ono nazwę Sansvento i słynie w całym regionie z powodu jednego ciekawego faktu, a mianowicie – w tym zacisznym, spokojnym mieście nigdy nie ma praktycznie żadnego wiatru. Sprawę badali już meteorolodzy, ale wszelkie zmyślne metody badawcze nie pozwoliły ustalić przyczyn tej anomalii. Ludność tej dziwnej mieściny przyzwyczaiła się do tego, zapomniano już o tym, że kiedyś w dolinie, gdzie mieści się Sansvento, wiatr jak najbardziej wiał i to nieraz bardzo srogo, zresztą. Z ust do ust podaje się historię, która w jakiś sposób może być powiązana z absencją ruchów powietrza w dolinie. Przekaz z ust do ust, dodatkowo nadszarpnięty przez kieł czasu, opowiada smutną historię wielkiej miłości i losów dziewczynki imieniem Remede.

Wiele lat temu, zanim jeszcze miasteczko zyskało swoją nazwę, na obrzeżach obecnego Sansvento mieszkała dziewczynka imieniem Remede. Każdy z mieszkańców zgodnie gotów był przyznać, że ze świecą niemożliwym znaleźć było grzeczniejsze i milsze otoczeniu dziecko. Później, gdy dziewczynka odeszła z tego świata, wielu próbowało tłumaczyć to tym, że miejscem dla aniołów nie jest ziemski padół. Mała Remede miała kruczoczarne włosy, zawsze idealnie przycięte do połowy szyi. Podobnie jak grzywka, która o krok była od rendez vous z linią brew. Podobnie jak cały mały świat dziewczynki, tak i jej włosy rosły równiutko i żaden z nich nie wypuszczał się przed szereg. Ulubionym strojem Remede była lekka, czarna sukienka z dużymi białymi guziczkami oraz białym kołnierzykiem, który kolorem zlewał się z nieskazitelną bielą jej cery. Tym bardziej kontrastowo przedstawiały się szczęśliwe, choć nieobecne oczęta młodej niewiasty, które nigdy nie uczestniczyły w pełni w sytuacjach świata rzeczywistego, a zdawały się lawirować na granicy wyobraźni i snu. Od małego, dziewczynka wykazywała szczególną fascynację awiacją i z wypiekami na twarzach obserwowała aeroplany przelatujące nad doliną. Ludzie przechodzący koło domu Remede z serdecznością obserwowali jak dziewczynka składa z papieru naprawdę całkiem wymyślne samolociki i puszcza je bawiąc się na ogrodzie.

W domku nieopodal oazy dziewczynki, mieszkało dwóch braci, Obel i Lebo. Były to niemal dwa przeciwstawne żywioły, dwa bieguny niosący zgoła różne ładunki. Obel był cudownego usposobienia chłopcem, który dobroć miał chyba transportowaną po organizmie wespół z hemoglobiną. Pomagał mniej zdolnym kolegom w szkole, dokarmiał bezdomne pieski, pomagał starszym sąsiadkom nosić zakupy, doglądał domowego ogródka. Co innego natomiast Lebo – ten chłopiec do cna był zły i gnuśny. Strzelał z procy do ptaków, a nikczemny i złowieszczy wiatr z piekielną precyzją pomagał nosić kamienie do celu. Zły brat Obla lubował się też wysadzaniu krecich kopców przy użyciu petard. Podobnie czynił z dziuplami wiewiórek. O biciu innych dzieci nie wspominając. Tak bardzo był zepsutym i nieczułym chłopcem. Można by rzec, że do szpiku kości wypełniony był złem, ale miał jedną „słabość”. Darzył swojego brata absolutną miłością, taką na jaką tylko więzy krwi mogą pozwolić.

Remede codziennie obserwowała z okna jak jej sąsiad Obel przejeżdża koło jej domu na swoim rowerku. Będąc małą dziewczynką, nie miała odwagi zamachać do niego, powiedzieć „cześć”, czy też w jakiś inny sposób zaczepić chłopca. Jakże miałaby mu powiedzieć, że myśli o nim od tak dawna, że sama już nawet nie jest w stanie skojarzyć od kiedy. Było jej też trochę przykro, że jej ulubieniec nigdy nawet nie spojrzy w jej stronę, choć tak często przejeżdżał koło ich domostwa. Myślała sobie, że chłopiec ten w ogóle nie zwraca na nią uwagi i że jest mu ona zupełnie obojętna.
Nie było to jednak prawdą absolutnie. Obel przejeżdżał bowiem koło domu Remede, tylko i wyłącznie po to aby choć na chwilę być troszkę bliżej dziewczynki, którą już jakiś czas temu ukochał pełnią czystej miłości. Za każdym razem obiecywał sobie, że spojrzy w jej stronę, lecz za każdym razem nie wystarczało mu odwagi samozaparcia by swoje postanowienie wypełnić.

Dobre i miłe dziecko w czarnej sukience z białymi guziczkami podpadło wspomnianemu już wstrętnemu i złośliwemu wiatrowi, kiedy to bawiąc się w ogrodzie swymi samolocikami skarciła go, stwierdzając, że jest niemądry i nie potrafi właściwie nieść puszczanych przez nią papierowych aeroplanów. Zapatrzony w siebie złoczyńca rozsierdził się potężnie plądrując okoliczne sady i niszcząc witryny sklepów w miasteczku. Poprzysiągł sobie zemstę na dziewczynce, która pozwoliła sobie (nieświadomie) poddać w wątpliwość jego potęgę i umiejętności.

Remede była dzielną dziewczynką, która zrozumiała, że winna uczynić pierwszy krok w stronę swego ulubieńca. Napisała więc bardzo ładny list w którym wyznała, że uważa go za najmilszego chłopca w okolicy. Napisała, że chciałaby wraz z nim puszczać samolociki na pobliskiej łące Mignon. W swych słowach zawarła pragnienie, aby móc spędzać z nim razem swój czas. Tragicznym zbiegiem okoliczności, nie zaadresowała tego listu imieniem Obel. Nie wiedząc jak dostarczyć swoje wyznania ukochanemu, wymyśliła, że złoży ten list w samolocik i puści go przez okno, by doleciał do okna, gdzie znajdował się pokój jej wybranka. Tak też uczyniła: złożyła piękny samolocik i puściła go w stronę domu sąsiadów. Równiutko dwadzieścia trzy po dwunastej. Z nadzieją usiadła pod swoim oknem w oczekiwaniu.
Nie miała pojęcia, że jedyna złorzecząca jej istota na całej ziemi pokieruje jej wyznanie miłości w stronę okna pokoju, gdzie mieszkał wyrodny brat jej lubego chłopca. Lebo przeczytał list i w szyderczych konwulsjach śmiechu turlał się po podłodze swojego pokoju, dziwiąc się jak łatwo los go obdarzył kolejną możliwością upustu dla swego niepohamowanego okrucieństwa. Bezzwłocznie udał się w domu sąsiadów i widząc Remede nie szczędząc w szyderstwie wyśmiewał jej uczucie i wszystkie słowa zawarte w liście. Nie brak było nikczemnikowi wymyślności w swoim okrucieństwie. Dziewczynkę przeszyła trwoga – pomyślała wszak, że to Obel wysłał swojego brata by z niej bezlitośnie zadrwił. Zapłakała i uciekła do domku, gdzie biła się z myślami, czy też raczej – była przez nie biczowana. Całą mocą swojej duszyczki czuła, że kocha umiłowanego przez nią chłopca i nie mogła pojąć skąd mogło się wziąć jego okrutne nastawienie względem niej. Wiara w uczucie i nadzieja były w niej jednak silne i następnego dnia niezłomnie napisała drugi list, gdzie pytała dlaczego on jest dla niej tak okrutny, skoro ona go kocha. Złożyła kartkę w samolocik i wysłała go podobnie jak poprzedni. Równiutko dwadzieścia trzy po dwunastej. Sytuacja się powtórzyła – wiatr kontynuując dzieło swojej fatalnej vendetty nakierował papierowe wyznanie Remede w kierunku okna Lebo, który nie omieszkał i tym razem udać się do sąsiadów i z diabelską mocą szydzić z uczucia dziewczynki. Mówił, że nigdy nikt nie będzie chciał się z nią bawić i zawsze będzie sama, ponieważ jest brzydka i nikt nie może nawet na nią patrzeć. Po prawdzie jednak nieszczęśliwa dziewczynka była najśliczniejszą istotą jaką widział cały region, gdzie znajdowało się miasteczko. Po prawdzie wręcz była najśliczniejszą istotą jaką widziały wszystkie krańce tego i innych światów. Ale Lebo był zły do szpiku kości, nie potrafił dostrzec piękna, jak i dobra.

Rodzice małej niewiasty nie mogli pojąć dlaczego ich ukochana córeczka potłukła w domu wszystkie lustra. Jej cera stała się jeszcze bledsza, zaczynając być niemal przezroczysta. Nie mogli pojąć skąd na jej twarzy delikatnie wyżłobione blizny, które powstały poprzez łzy spływające po policzkach Remede. Lekarze nie rozumieli co się dzieje z dziewczynką i dlaczego nie je i nie śpi. Ta jednak nie ustawała w wysiłkach i wciąż wysyłała swoje listy do jej ulubionego. Codziennie, równiutko dwadzieścia trzy po dwunastej. Na mocy niepisanej koalicji, wiatr kontynuował swoje dzieło zniszczenia wraz z nikczemnym Lebo, który nie ustawał w swoim szyderstwie.

Jak już wspomniałem - Lebo mimo tego, że wyzuty był z empatii i dobrotliwości, kochał bardzo swojego brata i nie mógł zrozumieć czemu Obel od pewnego czasu zrobił się smutny i jego naturalna radość gdzieś zaczęła zanikać. Tymczasem było to związane z tym, że przejeżdżając koło okien jego uwielbianej sąsiadki, nie spotykał już jej. Nie bywała w ogrodzie, nie widział jej w oknie. Wszak odważył się w końcu spoglądać w stronę jej domu, ale jej nie widział. Wysnuł więc wniosek, że ona w ogóle nie jest nim zainteresowana. To pogrążyło go w smutku.

Okrutnym splotem okoliczności, podobne refleksje naszły Remede, która już nie potrafiła żyć z myślą, że chłopiec, którego kocha i uczucie jakie ma ku niemu są okrutnym z niej żartem. Z największym bólem swojego młodego serca, napisała do Obla ostatni list, w którym z rozpaczą wyznała, że już jej oczy nie potrafią utworzyć więcej łez i nie jest w stanie utrzymać w sobie tego bólu w związku z tym, że on jej nie kocha. Zadeklarowała, że wypuści więc tenże ból, wraz ze swoją krwią. Złożyła przedostatni w jej życiu samolocik i wysłała go w stronę okna najmilszego jej sercu chłopca. Równiutko dwadzieścia trzy po dwunastej. Ten jeden raz zaadresowała go imieniem Obel.

Ten jeden raz nikczemny i okrutny wiatr zajęty był sianiem szkód na pobliskich pastwiskach i przeoczył list Remede, który spokojnie dotarł do okna Obla. Jakże wielkie było przerażenie i ból chłopca, który wpadł w akt absolutnej rozpaczy, kiedy po powrocie ze szkoły zastał na podłodze pokoju samolocik i przeczytał list. Wybiegł z domu jak oszalały i pobiegł w stronę domu ulubionej dziewczynki. Wiatr już był na miejscu i próbował go zatrzymać, wiejąc w jego stronę, ale największą swą siłą nie mógł przeszkodzić i powstrzymać Obla w drodze do domu Remede. Poniósł porażkę, chłopiec wbiegł do domu, gdzie nie było rodziców dziewczynki. Biegał po pokojach i nie mógł jej znaleźć, aż stanął przed drzwiami łazienki i z horrendalnym bólem w sercu wszedł do środka.

W wannie, wypełnionej wodą i krwią, zobaczył najukochańszą mu istotę tego i wszystkich innych światów. Jej twarzyczka nie wyrażała już nic. Jedynie jej oczy pełne były największego absolutnego smutku. Był to największy smutek jaki kiedykolwiek mógł zostać zaobserwowany w tym i innych światach. Obok wanny leżał ostatni zakrwawiony samolocik, jaki dziewczynka złożyła w swoim życiu. Od małego uczy się wszak dzieci, że papier bywa ostry. Samolociki dawały dziewczynce za życia radość. Ostatni z nich przyniósł jej ostateczną ulgę.
Chłopiec szybko wydedukował niespecjalnie szczęśliwie, że skoro wraz z krwią jego luba wypuściła ból, to także pewnie i swoje życie. Niewiele myśląc zanurzył się w wannie by znaleźć życie oblubienicy, mimo, że nie miał pojęcia jak takie życie może wyglądać. Z absolutnym jednak oddaniem szukał go, nie wyjmując nawet głowy ponad taflę wody. Nie udało mu się jednak znaleźć życia dziewczynki, a ponadto w trakcie poszukiwań zgubił także swoje.

Całe miasteczko pogrążyło się w absolutnej rozpaczy po tej tragicznej śmierci tych dwojga cudownych i dobrych dzieci. Od czasu tej tragedii, w całej dolinie zniknął wiatr, nikt nie miał pojęcia dlaczego tak się stało, ale zanikł niemal zupełnie. Kilka lat później miasteczko zastało przez to nazwane Sansvento.

Ludność miasta nie miała pojęcia, że nikczemny i złowieszczy zbrodniarz stanął przed walnym konwentem wszystkich żywiołów tego i innych światów i został wygnany nad ocean jednogłośnym, bezsprzecznym dekretem, sygnowanym najwyższą pieczęcią samej Gai. Niezauważalny i wyszydzany przez Biały Szkwał i wszystkie potężne wiatry morskie szumi sobie płaczliwie nad wodami, nie mogąc nawet zatrząść najmniejszą łódką rybacką.

Wraz z pochówkiem ukochanego brata, Lebo zapadł w katatonię. Spłynęła na niego cała rozpacz Obla, Remede i rodziców obojga z nich. Jego czynności życiowe zostały ograniczone do minimum. Z twarzą pozbawioną niemal życia stał całe dnie przy oknie wpatrując się w dom dziewczynki, którą tak ukochał jego brat. I nie było już w dolinie jego sojusznika w zbrodni, który mógłby przewiać łzy, które płyną mu po policzkach. Codziennie, równiutko dwadzieścia trzy po dwunastej.

Text

Marcin Karolak - To nie naklejka

Leciutko unosząc kąciki moich ust, zalega na nich uśmiech błogi
Nie ma powodów do oporu grawitacji, ale nie jest to naklejka
Nie jest szczęściem absencja bólu, a próba na niego cichej zgody
Czasem staję na środku chodnika, czując ogień będący osłodą dla wody
Przy dwuosobowym stoliku wpatruję się pustemu krzesłu naprzeciw
I nietkniętej filiżance, nawyk i nadzieja każą zamawiać zawsze dwie kawy
Kreślę szlak niewypitych drugich kaw, politowanie barmanów budząc

Ugasić można wszystko, lecz tego spokojnego płomienia nie ostudzisz
Z nostalgią patrzę w portowym doku na tę galerę, którą nie odpłyniemy
Rzucam okruchy mewom i odchodzę, żółtej bandery nie podniesiemy
Leciutko unosząc kąciki ust, zalega na nich niby uśmiech błogi
I choć zawsze tylko jedna kawa jest wypita, ten uśmiech to nie naklejka
Choć na całe piękno, którego łaknę, nie dane mi jest patrzeć
A skrywają je charakterystyczne, skupiające całe światło, szkiełka

Video

Text

Marcin Karolak - Dwa słowa za dużo

Zrozum dlaczego pijany siedzisz przy barze
Pokutuj, idioto, za te dwa słowa za dużo
Już pali ci się filtr, a od dymu oczy się mrużą
Bo rzekło kiedyś serce: “piękną cię iluzją obdarzę”
Dobrze - odparłeś - dawne wspomnienia już się kurzą
Więc sprezentowało ci piękno i pamięć go nie wymaże

image

Text

Marcin Karolak - Przebudzenia

Zamykam oczy, zapadam się w sen wśród niemocy
I dotrwam w nim by zbudził mnie niepokój pośrodku nocy
Wygrzebuję w myślach ostatni czas łagodny jaki pamiętam
Zwijając się niczym embrion, poza przestrzenią w tym czasie się zapętlam
Na zwojach nerwowych skaryfikacja, jej kształt to dziesiąta litera
Nie ona pierwsza choć się spopiela, odradza się wciąż i nigdy nie umiera
Płomyki pod skórą szyderczo tańczą swoje danse macabre
Miast za mną, kroczysz we mnie - czy to jest zasadne?

Księżyc w różnych siebie ilościach kreśli światłem runy bezsenności
Miejsce szklanki wody gdzieś pamięć skryła w ramach swej podłości
A pragnienie wyrżnęło na suchym języku, a jakże, dziesiątą literę
Półmartwy tępo leżę, a niby alfabet jest bogaty i czcionek jest tak wiele

Text

Marcin Karolak - Skoroszyt

Biała skóra pleców niczym kartki słonego skoroszytu

I język jest piórem, które kreśli historie zanikającym tuszem śliny

Opowiadanie o ludziach, którzy nigdy nie będą mieli domu

Nawet wtedy, gdy będą dzierżawić pokój najwymyślniejszych rezydencji

Przestrzeń w której cały ich niepokój wyrywa przezroczyste włosy

I ogień niegasnącego błękitnego pożądania ujawnia w popiele piekielny nieporządek

Stawiam kropkę pocałunkiem, chowam pióro za zębami i zmierzam do wyjścia

Niewymownie drżącą ręką, nie mówiąc nic, zamykam drzwi, które nigdy nie będą otwarte

Picture: http://letholdus.deviantart.com

Text

Marcin Karolak - Ja i moje szczury

Podnoszę bezradnie brwi, już nie wiem jak to skomentować

Kamienice w strzępach, kolejna już metropolia na mym szlaku płonie

Ruszam traktem szukając nowych miast by osiąść i się schować

Fałszując gram na flecie, ratuję szczury by nie sczezły w ogniu i betonie

Nikotyny było, jest i zawsze będzie za mało na to wszystko

Siadam więc z gryzoniami i piję wódę na obrzeżach, w najtańszym bistro

Zawsze mam ten list gdzieś w kieszeni, chyba nigdy go nie wyślę

Ciężko go przeczytać, pisany był na bletkach nadzieją - nikłym atramentem

Lecz nim dojdę na pocztę, w każdym mieście już ogień na nią ciśnie

Każe wypierdalać mi i moim szczurom patrząc w nas ze wstrętem

Idę karmiąc gryzonie ostatkiem ideałów, one dobrze o tym wiedzą

A gdy nogi mi się zegną i upadnę, to wezmą i mnie kurwy zjedzą

image

Text

Marcin Karolak - Kwestia szkiełka

Mówisz, że to tylko kupka nikle żarzącego się popiołu

W miejscu, gdzie dostrzegam zalążek niebotycznej pożogi

Nazywasz nielotem słabego ptaka wśród cierni i znoju

A rozpostrzeć orle skrzydła może w oczekiwanym śnie błogim

Widzisz - to wszystko jest kwestią szkiełka, kąta i perspektywy

Czasami trudno jest to dostrzec - człowiek przeważnie jest zbyt żywy

Nie chcesz się zatrzymać w miejscu, które Ci wskazuję

A moglibyśmy tu przeczekać okres burzy i naporu

Podejrzewasz, że kawa, którą piję, do cna mnie zatruje

A przecież śnić na jawie nie jest skazą dla honoru

Widzisz - to wszystko jest kwestią szkiełka, kąta i perspektywy

Czasami trudno jest to dostrzec - człowiek przeważnie jest zbyt żywy

image

Text

Marcin Karolak - Oczyszczenie

Wszystko tak nagle zyskało pełną jasność

Kotarę przeciął nóż ostrzem najcichszego szeptu

Wyznanie niczym spowiedź i jej typowa nabożność

Pusta scena z jedynym pragnieniem najświętszego grzechu

Jestem ostatnim mrugnięciem opatrzności - rzekła

Ona po wsze czasy zaciśnie swe powieki

Zdzierając moją skórę wyciągnie mnie z piekła

Namaści usta piołunówką, a rany pocałunkiem oczyści

image